Zdobyliśmy Chimborazo 6310m !!!

"Zdobyliśmy Chimborazo 6310m !!!Ponad 10h w góre i 7 w dól. Nie spodziewałem się, że będzie aż tak ciężko, ale udało się.Tym razem pogoda nas nie zawiodła. Było ciemno, zimno, wiało, ale daliśmy radę. Ruszyliśmy o 23:10. Poszliśmy trochę dłuższa droga ze względu na sypiące się kamienie i skały z wytapiającego się lodowca. Podejście po skalach -bajka, po piargu- spoko (choć to zawsze trochę w góre i trochę w dół). Potem już zmarzniety grzebień i lodowiec -uprząż, liny, karabinki, kaski, raki, czekany i niekonczaca się opowieść. Naprawdę myślałem, że nigdy się nie skończy. Wciąż zimno i ciemno. Znów mijaliśmy parę osób wracających, bo nie dali rady...
I w końcu słonce! gdzieś tam daleko, wysoko.. na szczycie. Tego dnia weszliśmy na szczyt tylko my, tzn. z naszej 12-osobowej grupy 5 osób + przewodnicy. Na szczycie było już ciepło :) , słonce, zero wiatru....ale brakowało tlenu (na GPS-sie zanotowałem ciśnienie 475hPa), każdy krok w górę, to już był niemały wyczyn. Mięliśmy aklimatyzacje do 5500m, wiec każda minuta więcej na szczycie osłabiała nas, znaczni...a byliśmy tam prawie godzinę. Jak tylko próbowałem podejść parę kroków wyżej pikawa tak mi skakała, ze myślałem że mi wyskoczy serducho. Niesamowite uczucie! Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Ta słabość, bezradność... i szczęście, zadowolenie z tego że daliśmy radę, że trud został wynagrodzony. Staliśmy tam jak na dachu świata... w końcu to ponoć miejsce najbardziej oddalone od centrum ziemi (ponad 2km dalej niż M.Everest), byliśmy tego dnia najbliżsi słońcu...Jarek, Jacek, Leszek, Zdzichu i ja. Wejść to jedno, ale trzeba jeszcze zejść. Lechu miał gorączkę, Jacek był całkiem słaby tak jak i ja, a Zdzichowi wysiadły kolana. Słonce paliło z cala swa równikową mocą. Droga w dół zdawała się nie mieć końca, ale siły wracały mi wyraźnie z każdym metrem pokonanym w dół. Lodowiec, liny, raki, czekany i ciągle w dół i w dół. Ciepło, w ręcz gorąco, okulary lodowcowe nieocenione. Gdy zeszliśmy w końcu z lodowca, wydawało się, ze jesteśmy już w domu, a przecież mieliśmy do zejścia jeszcze prawie kilometr w dół. Przerwa. Jacek usiadł tak jakoś niewyraźnie. Zasnął, stracił przytomność, myśleliśmy że nie uda się go docucić. Jarek chciał już wzywać śmigłowiec, ale Oswaldo powiedział, że możne to potrwać wiele godzin. Wyglądało na to, że to jakieś połączenie udaru słonecznego, choroby wysokościowej i odwodnienia...Wyjałem wodę, wylaliśmy Jackowi trochę na kark, trochę do ust. Obudził się, ale stracił zupełnie pamięć, mówił od rzeczy, nie wiedział gdzie jest, co robi, pytał się co za dziwne buty ma na nogachi i nie wiedział co to Chimborazo. Mówił, że rozmawiał z Bogiem i że Bóg mu powiedział, żeby tam nie iść, tam za te skały, bo ktoś zginie(a rzeczywiście przed nami było takie 600m przejście,gdzie ciągle coś odpadało z góry i można było zdrowo oberwać albo i więcej). Nie chciał iść na dół. Podpięliśmy go na taśmach do dwóch przewodników i na siłę zaczęliśmy sprowadzać na dół. Powoli odzyskiwał siły, ale pamięć wróciła mu dopiero całkiem na dole. Wszystko skończyło się dobrze, ale naprawdę wyglądało to poważnie. Ostatni fragment schodziłem już sam, jako pierwszy, bo czułem się już całkiem odwodniony i koniecznie musiałem się czegoś napić (wszystko co miałem dałem Jackowi). Na dole czekał na nas już samochód i woda! a Elena z Gracielą na tacy miały dla nas pokrojonego arbuza, mniam! Pół godziny później zaczęli schodzić następni, Jacek już zdawał się być całkiem zdrowy. Daliśmy radę! a za nami pozostała w całej okazałości, przy wciąż bezchmurnym niebie, potężna, jedyna tak dostojna i rozległa góra -Chimborazo.
No tom się napisał, aż mi się trochę śmiać teraz chce, bo to takie patetyczne, ale ...
Kurde! Naprawdę się ciesze!"
{FotoTom}
Komentarze
Prześlij komentarz