COTOPAXI !

"Hej Ludziska!
Bylem tu 8 lat temu ale jakoś potrafiłem znaleźć więcej możliwości dorwania się do kompa. Nie wiem, ale raczej jest to kwestia miejsc jakie odwiedzamy i napiętego planu. Wciąż coś się dzieje.
Musze sie wiec streszczać.

Wiec tak w skrocie:
Quilotoa okazalo sie byc naprawdym pieknym, uroczym wrecz miejscem, polozonym w Zachodnich Andach, miejsce dzie zyja juz tylko indianie biednie ale chyba szczesliwie. Sam krater i jezioro w jego wnetrzu robia niesamowite wrazenie. Zeby dostac sie do jeziora trzeba zejsc stromym zboczem krateru, w wiekszosci po piaskach (szedlem boso) 300m w dol. Jezioro wygladajace z gory na niezbyt duze, w rzeczywistosi ma ponad 3km dlugosci i ok. 2 szerokosci.



Oczywiście znalazło się 4 szaleńców, którzy postalowili przeplynac sie w lodowatej, lekko zakwaszonej, a moze zasiarczonej wodzie (min. Zdzichu i ja). Powrot na gore okazal sie bardziej wyczerpujacy niz zesmy sie spodziewali. Hacienda polozona w poblizu (ok. 1km. od krateru) byla naprawde czarujaca. Wieczorek dostalismy kolacje, obslugiwala nas rodzina indianska, przygrywal nam wesolo zespol mlodych indian prezentujac typowa muzyke andyjska. Super!
...kurde czas mi sie konczy ...zaraz mnie wyrzuca z tego kompa, bo juz za dlugo tu siedze...

COTOPAXI!



No coz nie udalo sie :(
Cotopaxi nie poddalo sie naszej probie zdobycia.
Dotarlismy z niemalym trudem i naszym ekwipunkiem w sobote popoludniu do schroniska pod Cotopaxi na wysokosc 4800m Zasapani weszlismy do mrocznego wnetrza, dostalismy herbatke, pozniej kolacje. Pogralismy w karty , przygotowalismy sprzet. Ok. 20:30 polozylismy sie do lozek. Trzy godziny pozniej pobudka. Lekkie sniadanie (przed polnoca), ubralismy sie i w droge.
Ruszylismy ok. 12 w nocy, (dokladnie o 00:20) jako 3 lub 4 grupa, za nami jeszcze kilka... z czolowkami, plecakami, uzbrojeni w raki, czekany, kaski, liny, uprzerze i cieple ciuchy. Wydawalo sie , ze jest dosc cieplo jak na te wysokosc, ok. zera. Wial silny wiatr, po godzinie zaczal padac marznacy deszcz, ktory osadzal sie lodem na wszystkim co mielismy. A wiatr byl coraz silniejszy. Poszczegolne grupy wycofywaly sie i widzielismy jak wracaja. Z naszej grupy 12 osob po 4 godzinach wspinaczki zostalo juz nas tylko 4 (Jarek, Zdzichu, Gienek i ja) i 2 przewodnikow. Bylismy ostatni szaleni, ktorzy wciaz probowali. Wiatr wywracal nas co chwile, a czasami nawet odrzucal calkiem na bok. Robilo sie niebezpiecznie, wkolo glebokie szczeliny (jak glebokie zobaczylismy dopiero w drodze powrotnej, gdy bylo juz widno) i wszedzie lod. Wszystko bylo takie nierealne, a jednoczesnie az do bolu prawdziwe. Z powodu lodu przybylo nam ciezaru ok. 30 kilogramow, wszedzie na kaskach, rekawicach, kur tkach, plecakach, spodniach, czekanach. Koszmar, pieklo, poprostu...ach nie da sie tego opisac... Doszlismy w ten sposob do wysokosci 5785m braklo nam 125m do szczytu! Gienek-kolega zgubil rekawiczke, wyrwal mu ja wiatr, mial skarpety wiec zalozyl je zamiast tej jednej rekawicy. Plecaki z powodu lodu nie daly sie otworzyc, nie moglismy sie nawet napic, bylismy coraz bardziej odwodnieni i slabi. Ja do konca nie tracilem wiary, ze sie uda, nie bralem w ogole innej mozliwosci pod uwage. Oswaldo, nasz przewodnik powiedzial, ze nie damy rady, musimy wracac...albo robic poreczowki z lin, zeby wiatr nas nie zdmuchnal. Zdzichowi bylo zimno, wcisnow kurtke puchowa na brzuch , bo nie potrafif zdjac tej wierzchniowej goreteksowej. Rekawice zakladalismy we dwoch. Jarek byl przemarzniety i nie mogl podjac decyzji. Nie moglem tego pojac, tyle trudu, 7 godzin wchodzenia i na nic! A jednoczesnie wiedzialem, ze i tak zaszlismy za daleko, ze jest zbyt niebezpiecznie, ze nie ma innego wyjscia, bo jak pojdziemy dalej to juz mozemy nie wrocic. Usta mielismy tak zmarzniete, ze nie dalo sie artykulowac slow. Jedyne co moglem to zaklnac. Rozpoczelismy powrot. Wleklismy sie niesamowicie, bylismy zmarznieci, nikt nie mial juz sily, kazdy wazyl o te 30 kg wiecej. Szedlem i plakalem, nie moglem sie w ogole uspokoic, ryczalem jak dziecko i klnalem. Po 10 godzinach od wyjscia ze schroniska wrocilismy do bazy. Beznadzieja...Nikt nie zdobyl tego dnia Cotopaxi. Ale wszyscy wrocili.
Dzis jestesmy na dole, w Banios. Pada cieply deszcz, wspomnienia zostaly jak koszmar...


Jutro Chimborazo, nie jestem juz tak pewny siebie...
Pozdrowka...FotoTom
Jest dobrze, jest dobrze, ale nienajgorzej jest :))
Niestety juz mnie przeganiaja, musze konczyc.
Nie wiem kiedy nastepny raz ... " koniec cytatu


Zdjęcia niestety nie made in FotoTom, sam je zrobiłem he he.
[rr]


A poniżej OKO wulkanu, którego niestety nie dane było im zobaczyć.
[rr]



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pasochoa - pierwsze koty za ploty.