Gorgany - czyli najdziksza część Karpat (2005)

Od pewnego czasu dojrzewała w nas myśl o wyjeździe w góry Ukrainy. Po prześledzeniu informacji w internecie zapadła decyzja o wyjeździe w ponoć najdziksze góry Europy czyli Gorgany.



Spotykamy się na dworcu w Częstochowie ok. godziny 21:30 w nieco odchudzonym gronie ponieważ dwójka z podstawowego składu niestety odpadła (Romano i Darek ).
Pociąg rusza, zaczyna się kolejna przygoda a Młody czyli Marcin otwiera „Uśmiechniętego Kawalera” czyli wino o smaku kompotu na dobry początek

W Katowicach jesteśmy nieco przed północą udajemy się na spóźnioną kolacje do Mc’D i czekamy na pociąg do Przemyśla.
Podróż mija na drzemce i rano jesteśmy w Przemyślu tutaj busik do Medyki i o 7:00 jesteśmy na granicy wypełniamy jakieś durne karteczki i w sporym tłoku przebijamy się przez granice.
Po drugiej stronie szukamy transportu w góry niestety gościu w starej Wołdze podaje zaporową cenę więc udajemy się busem do Lwowa i tam pod dworcem próbujemy znaleźć transport, z braku czasu pociąg odpada.
Dworzec piękny, ale na początek Marcin (który już tu był) zabiera nas do przydworcowej knajpy. Klimat czuć jak cholera zwłaszcza że przy sąsiednim stole siedzą miejscowi i piją własną wóde ze szklanek. Po zapoznaniu się ze smakiem tutejszego jasnego z pianką wyruszamy na poszukiwania transportu. Nie jest łatwo, jednak po półgodzinie siedzimy w leciwym Transicie którego kierowcą jest niejaki Sasza. Sasza ma na oko koło sześćdziesiątki i ma nas dowieść do Rafajłowej za 700 hrywien.
Podróż ciągnie się dość długo z postojem na soljanke i jakieś szaszłyki. Saszka to poszciwy chłop a wyprzedzanie na trzeciego to normalka choć nieco mrozi nam krew w żyłach. Około 16 docieramy na miejsce żegnamy się z Saszą i umawjamy się z nim na niedziele w Osmołodzie w samo południe. Mamy nadzieje że nas nie wystawi, (w poniedziałek mamy być w pracy).
Ruszamy na szlak a właściwie idziemy na początku przez wieś a później wchodzimy do lasu. W lesie właśnie trwa zrywka drzewa przy której pracują jakieś księżycowe pojazdy palące całe może ropy na sto co można wywnioskować po chmurach czarnego dymu jaki wydobywa się z trzewi tych potworów. Dość szybko gubimy szlak o ile w ogóle jakiś był i przedzieramy się prze las. Raz w górę raz w dół osiągamy wreszcie jakąś w miarę płaską polanę na której można rozbić namioty. Zakładamy obozowisko pichcimy coś do jedzenia zbieramy suche gałęzie i rozpalamy ognisko jest pięknie.




Rano pora ruszać dalej z mapy wynika że jesteśmy gdzieś w okolicach góry Okopy dzisiaj mamy wejść na Sywule. Brniemy przez las następnie połoninami idziemy cały czas na azymut ale dokładnie nie wiemy gdzie jesteśmy pogoda średnia ale nie pada. Po pewnym czasie dochodzimy do pól kosodrzewiny. Pomni ostrzeżeń nie zapuszczamy się w nią jednak po pewnym czasie wydaje się że może by tak na skróty no i atak. Cóż to za głupota dowiadujemy się już po ok. 15 minutach gdy wisimy na kosówce jak much w pajęczynie (stromy stok) na jednych gałęziach dyndamy od innych się odbijamy. Decyzja odwrót łatwo powiedzieć trudniej wykonać odwrót zajmuje jakieś 45 min. i zabiera 80 % zapasu energii.
Teraz już grzecznie szukamy ścieżki, chrzest już za nami.
Podobno w okresie międzywojennym miano wyciąć kosówkę w Gorganach w związku z zamiarem pozyskania z niej oleju. Jednak na wniosek armii (gęsta i wysoka kosodrzewina stanowiła świetną zaporę na ówczesnej granicy) odstąpiono od tego pomysłu.
Docieramy do Uroczyska Piekło (skalne urwisko ukazujące doskonale budowę geologiczną tutejszych gór) kierujemy się dalej w stronę Sywuli. Docieramy na Połoninę Ruszczyne i tutaj postanawiamy założyć obóz. Zbieramy drewno na tradycyjne ognisko rozbijamy namioty i przyrządzamy posiłek. Delektujemy się pięknem okolicy, ogniskiem i zabranymi z dolin destylatami.



Ranek wita nas pięknym słońcem oraz widokiem jedynego jak się później okazuje osobnika z rodzaju Homo Sapiens który pozdrawia nas słowami SALUT i dokonuje ablucji w pobliskim potoku. Po zwinięciu obozu ruszamy do ataku szczytowego najpierw na Małą Sywule . Ponieważ nie wiemy którędy prowadzi szlak na szczyt postanawiamy się rozdzielić Tomek i Zdzich idą bardziej na zachód a ja Marcin i Wojtek idziemy na wschód. Mamy walki-talki więc mamy nadzieje na komunikacje. Niestety sprzęt jest słaby, las i załomy terenu przerywają komunikacje i idziemy na własną rękę. Atakujemy szczyt od południowego wschodu jest ciężko, rozległe gołoboża skalne, kosówka która często zamyka nam drogę oraz słońce w ekspresowym tempie wysysają z nas energie. Wreszcie udaje nam się nawiązać kontakt a pozostałą dwójką, okazuje się że od dwódziestu minut są na szczycie, dotarli tam wygodnym szlakiem a my czterdzieści minut po nich osiągamy Małą Sywule (1819 m.n.p.m.)„Drogą Trzech Braci” bo tak ją nazwaliśmy. Po odpoczynku i uzupełnieniu płynów osiągamy wierzchołek Wielkiej Sywuli ( 1836 m.n.p.m.) Podziwiamy wspaniałe dalekie panoramy, dookoła rozciąga się prawdziwe morze gór, jest pięknie!!!



Schodzimy przedzierając się przez kosówkę. Osiągamy Łopuszną a następnie Borewke na nocleg zatrzymujemy się w okolicach Połoniny Pohar i znów ognisko i znów jest pięknie choć nie do końca bo doskwiera nam brak destylatów J.
Następnego dnia mozolne zejście przy pogarszającej się pogodzie do Osmołody dość wygodnym duktem. Po drodze ze względu na Niedziele pomimo deszczu przyrządzamy rytualny barszcz lub jak kto woli żurek



. W Osmołodzie jest otwarty sklep nieźle zaopatrzony w alkohol właściciel ma świetny utarg bo z półek znika większość asortymentu a my wzmocniwszy się miejscowym piwem udaje my się do „centrum” gdzie jesteśmy umówieni z Saszą.



Dokładnie w samo południe zajeżdza leciwy Transit z Saszką a my jesteśmy pod wrażeniem. Ładujemy się do środka i ruszamy do Medyki. Po drodze okazuje się że sprzęt ma jakieś problemy, chyba zaczyna brakować paliwa. Sasza zostawia nas i gdzieś znika a my próbujemy odpalić maszyne. Zaczyna nam się śpieszyć bo o 20 zamykają podobno granice. Na szczęście po 15 minutach Sasza zjawia się z baniakiem ropy i tak ruszamy dalej. Na granicy rozliczamy się z Saszą żegnamy się i obiecujemy kolejny kurs w przyszłym roku (dotrzymaliśmy obietnicy). Rzutem na taśme przekraczamy granice i ruszamy do naszych, żon, dzieci i dziewczyn z postanowieniem powrotu, bo naprawdę warto!!!

Lukas

Komentarze

  1. Brawo Brawo. Miodnie to spisałeś.

    Romano

    OdpowiedzUsuń
  2. Pozdrawiam Alkoturystów. Do zobaczenia gdzieś na szlaku :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

COTOPAXI !

Pasochoa - pierwsze koty za ploty.